Patrzyłem na rozmazany krajobraz mknący za oknem autobusu.
Pogrążony w myślach o życiu zadawałem sobie pytania, które
całkowicie zaprzątały wtedy moją uwagę – pytania, na które nie
potrafiłem znaleć odpowiedzi.
Autobus wiózł mnie z chrześcijańskiego obozu letniego
– zorganizowanego z dala od Gdańska, skąd pochodziłem – na
wycieczkę do rodzinnego miasta. Mieliśmy zwiedzać stare miasto,
które znałem jak własną kieszeń, i słynną katedrę w Oliwie. Długość
trasy wynosiła ponad trzysta kilometrów, w trakcie jazdy miałem
więc mnóstwo czasu na to, żeby porozmyślać o dotychczasowych
doświadczeniach. A więc:
…Urodziłem się w Gdańsku w 1976 roku w typowej rodzinie
katolickiej. Jak to w polskim domu, religia odgrywała u nas dużą rolę.
Gdy miałem kilkanaście lat – choć byłem nie mniej religijny niż moi
koledzy – często przychodziły mi do głowy pytania i wątpliwości
wynikające z braku logiki w tym, czego uczono mnie o Bogu i Jezusie
i tym, co słyszałem podczas kazań. Od zawsze dążyłem do odkrycia
prawdy, a w tamtym momencie nie potrafiłem jej nigdzie znaleć.
Pewne pytania nie dawały mi spokoju: Czy Bóg istnieje? Jak wygląda?
Czemu na świecie jest tyle niesprawiedliwości? Co działo się z Jezusem,
kiedy miał piętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat? Co się działo
z Maryją? Skąd wiemy, że zaszła w ciążę, choć nie uprawiała seksu
z Józefem? Dlaczego Biblia jest tak skomplikowana?
Jadąc autobusem, wróciłem myślami do rozmowy, którą odbyłem
poprzedniego dnia z jednym z naszych opiekunów. Podczas pobytu na
tym obozie nie potrafiłem się uporać z własnymi myślami – dlaczego
nauki biblijne były sprzeczne z tym, czego uczono mnie w domu,
wychowując przecież po katolicku? Gdy czytaliśmy Biblię, coś się
we mnie gotowało i sprawiało, że ukryty we mnie buntownik
ożywał i zaczynał wątpić we wszystko, co do tej pory usłyszał.
– Rozumiem, skąd się biorą twoje wątpliwości. Mogę ci tylko doradzić,
byś pomodlił się o znak od Boga – w oczach opiekuna jaśniał mocny
płomień wiary.
– Mam się pomodlić do Boga, żeby dowiedzieć się, czy to, czego
uczycie, to prawda? – zapytałem.
– My nie uczymy, tylko przekazujemy dalej słowa Jezusa –
poinformował mnie, a jego głos był przepełniony wiarą we własne
słowa.
– Dla mnie to nie ma sensu. Jak to możliwe, że Jezus umarł za nasze
grzechy, żeby zbawić nas wszystkich od złego, skoro są na świecie
dobrzy ludzie, którzy w to nie wierzą, albo tacy, którzy nigdy o nim
nie słyszeli? Czy oni nie zostaną zbawieni? Widzę tyle sprzeczności
w Biblii i naukach Jezusa, że już sam nie wiem, w co wierzyć –
zaprotestowałem, pełen wątpliwości i zagubiony. – Chyba każdy
powinien starać się zrozumieć to po swojemu.
– Nie można tego interpretować. Już niedługo otrzymasz odpowiedzi,
których szukasz, ale najpierw musisz się modlić o znak, tak jak ja to
robiłem – w jego głosie brzmiała niezachwiana pewność.
Tej nocy poszedłem za jego radą i z Biblią w dłoni modliłem się do
Boga o znak. Następnego dnia dowiedziałem się, że wyruszamy na
jednodniową wycieczkę do Gdańska, żeby zwiedzić słynną katedrę,
znaną w całej Polsce z pięknych, zdobionych barokowych organów.
Podobno podczas gry figurki aniołów poruszają się w rytm melodii.
…Zostałem wyrwany z moich rozmyślań, gdy autobus zatrzymał
się przed świątynią. Weszliśmy do środka.
Gdy przekraczałem próg katedry, miałem wrażenie, że otworzyłem
drzwi do przeszłości. Poczułem się znów jak wtedy, kiedy byłem
dzieckiem i chodzenie do kościoła nie było niczym więcej niż modlitwą,
a głowy nie zaprzątały żadne pytania. Piękny dwięk organów
wypełnił wnętrze świątyni i rozprzestrzenił się, wibrując, w moim
ciele. Usiadłem w jednej z drewnianych, ciemnobrązowych ławek
w środkowym rzędzie i zauważyłem, że – mimo, iż ktoś grał na
organach – słynne figurki się nie poruszały, wbrew temu, co
usłyszałem. Chciałem się przekonać, czy Bóg i Jezus są tu obecni.
Przypomniałem sobie, co radził mi poprzedniego dnia opiekun.
Zacząłem się modlić o znak.
Pogrążyłem się całkowicie w modlitwie i z całego serca poprosiłem
Boga w skupieniu, aby poruszył figurki. Ledwie skończyłem
wypowiadać słowa modlitwy, a usłyszałem skrzypienie, jakby ktoś
otwierał starą szufladę. Spojrzałem w górę. Trąbiące aniołki powoli
zaczęły się poruszać.
Wiedziałem, że to znak od Boga. Byłem zachwycony odbywającym
się przed moimi oczami widowiskiem. Patrzyłem z podziwem na
magię, która się przede mną roztaczała i nie miałem wątpliwości,
czego doświadczałem. Nagle – równie gwałtownie, jak zaczęły – anioły
przestały się poruszać.
Zamknąłem oczy, pochyliłem głowę i modliłem się.
„Boże, wiem, że to niesprawiedliwie prosić o coś dwa razy. Wybacz,
że jestem takim niewiernym Tomaszem. Jeśli to rzeczywiście był
znak od Ciebie, spraw proszę, żeby anioły znowu się poruszyły.
Jeśli tak się stanie, będę szerzył Twoje słowo wśród wszystkich moich
przyjaciół i uznam Jezusa za mojego zbawiciela” – obiecałem.
Gdy tylko skończyłem się modlić, we wnętrzu katedry rozległ się
przeraliwie głośny dwięk. Podniosłem głowę i zobaczyłem, jak
anioły ożywają po raz drugi.
Łzy wdzięczności i radości spływały mi po policzkach. Czułem, że
doświadczyłem głębokiej prawdy o siłach, których nie byłem w stanie
zobaczyć. Wiedziałem też, że w każdej chwili mojego życia będę
mógł się do nich zwrócić. To był początek mojej drogi do odkrywania
prawdy.
DALSZY CIĄG MASZ TUTAJ: Przebudzenie w drodze ZOBACZ>>>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz